Depresja ludzi sukcesu

Pomoc w depresji u Izabeli KielczykCzy depresja może pojawić się dlatego, że ma się w życiu za dużo? Bo za dobrze się komuś powodzi, za dużo zarabia, odnosi sukcesy? Jak to możliwe, że ktoś ma dużo narzeka i nie cieszy się życiem i swoimi osiągnięciami? Rzecz w tym, że nie chodzi o to, co posiadamy, ale o to, że płacimy za to zbyt wielką cenę. Gdy praca staje jedynym i nadrzędnym celem naszego życia warto zadać sobie pewne pytania: Kim jestem? Do czego zmierzam? Co jest dla mnie najważniejsze w życiu?
Ludzie, dla których życie prywatne i zawodowe staje się jednością,  bo pracują po 60-70 godzin tygodniowo, zaczynają ulegać presji sukcesu.  Coraz szybciej osiągają kolejne wyznaczone sobie cele i szczeble w karierze zawodowej. Coraz więcej z nich dąży do doskonałości, do zdobycia kolejnego awansu, kolejnego intratnego kontraktu, nowego klienta itd.

Przyjrzyjmy się poniższemu przykładowi:

Przystojny, wykształcony, pełen pomysłów, energiczny trzydziestolatek, prezes jednej z firm informatycznych.  Sam zbudował firmę „od zera”,  będąc jeszcze na studiach. Najpierw była to jednoosobowa działalność gospodarcza, potem spółka Sp . z o.o . Jak sam mówi: „Zawsze chciałem mieć swoją firmę. Wszystko organizowałem sam od podstaw, bez niczyjej pomocy .Na początku pracowałem we własnym garażu na starym komputerze. Pisałem programy komputerowe dla firm. Byłem za sekretarkę, handlowca, dostawcę, księgową, programistę itd. . Po pół  roku było stać mnie  na wynajem biura i zatrudnienie paru  osób. Jednak sam nadal robiłem prawie wszystko, wszystko sprawdzałem i kontrolowałem. Najmniejszy błąd nie uszedł mojej uwadze. Wszystko musiało być wykonane perfekcyjnie. Pracowałem coraz więcej. Do swojego gabinety sprowadziłem kanapę i tak zaprojektowałem gabinet by była w nim osobna łazienka i prysznic oraz bieżnia. Po woli przenosiłem się z ekskluzywnego mieszkania do biura. Coraz częściej zdarzało się że spałem w biurze, rano się myłem zamawiałem śniadanie w pobliskiej knajpce i pracowałem”

Swoim talentem i ciężką pracą, wyrobił firmie renomę do tego stopnia, że klienci sami przyjeżdżali do niego i polecali jego usługi innym. W przeciągu 2 lat stał się bardzo zamożnym człowiekiem. Stać go było na ekskluzywny apartament, samochody, wyjazdy w ekskluzywne zakątki świata itd. Kolejne sukcesy stały się jedynym sensem jego życia: „Chciałem załatwiać coraz bardziej intratne kontrakty, zdobywać coraz więcej klientów, wyrabiać konkurencje i zarabiać coraz więcej.. Kolejny podpisany kontrakt był jak narkotyk. Jednak im więcej ich było bym moja radość coraz mniejsza..”.” Ten facet sukces ma we krwi” – powtarzali i klienci i pracownicy. Uwielbiał gdy inni tak go podziwiali. Oczekiwał po kolejnym sukcesie aprobaty, podziwu tego, co osiągnął. Zaczął myśleć o sobie „jestem najlepszy” i codziennie to potwierdzał kolejnymi sukcesami.

Nagle któregoś dnia, mężczyzna ten nie przyszedł do pracy. Przestał wychodzić z domu. Nie odbierał telefonów. Nagle urwał kontakt ze światem. Tydzień, dwa, było coraz gorzej. Depresja. Pustka. Poczucie bezsensu. Trafił na ponad pół roku do zakładu psychiatrycznego na farmakologiczne leczenie depresji. Teraz z pomocą terapeuty wraca powoli do pracy i uczy się radości z dnia codziennego, ale nie jest mu łatwo..

W czym tkwi problem ludzi sukcesu? Dlaczego ta historia na takie  zakończenie?

Zwykle problem sprowadza się do tego, że zapomnieliśmy o sobie. O tym, że mamy życie poza pracą, że mamy psychikę, która domaga się relacji poza pracą . A żyjemy, tak jakbyśmy mieli tylko pracę. Z boku ludzie uważają, że wszystko idzie wspaniale: człowiek pracuje, dużo zarabia, ma ambicje. Społecznie jest spostrzegany pozytywnie bo, pnie się do góry, osiąga sukcesy czegóż chcieć więcej?  Otóż często wmawiamy sobie, że praca i kolejne sukcesy to najlepsze, co mogło nam się przytrafić, a praca powoli staje się jednym i nadrzędnym celem naszego życia. Czasami także praca, ma nam zastąpić nieudane życie osobiste, brak rodziny, bliskich związków, a więc ma się stać jednym „lekiem” na nasze niezaspokojone potrzeby.
Depresja sukcesu często pojawia się jako konsekwencja:

Potrzeby aprobaty i uznania ze strony innych ludzi.Potrzeba aprobaty ta pojawia się kiedy oczekujemy od innych pochwał i podziwu tego, co osiągnęliśmy i zdobyliśmy naszą ciężką pracą. W wyniku tych otrzymywanych od innych pochwał rodzi się poczucie własnej wartości na polu zawodowym. Jeśli nie dostajemy od otoczenia dowodów uznania zaczyna pojawiać się smutek, żal, poczucie opuszczenia oraz irytacja. Stopniowo dołącza to tego zniechęcenie do pracy, apatia, a w końcu depresja.
Uporczywe pragnienie uznania i podziwu w oczach innych motywuje nas do osiągania kolejnych sukcesów zawodowych. Taka motywacja ma jednak zgubne skutki. Im więcej sukcesów odnosimy z pobudek zewnętrznych, a nie dla siebie, tym  bardziej narazimy siebie na koszty psychiczne. Dlaczego? Otóż dlatego że pochwala podnosi nasze poczucie własnej wartości, dodaje nam skrzydeł i podnosi wiarę w siebie. Uwielbiamy  być chwaleni i doceniani przez innych w pracy. Pochwała popycha nas do powiększenia naszego sukcesu zawodowego, jest motorem do dalszych działań. Zaczynamy więc coraz częściej oczekiwać pochwał i uznania. Dzięki nim nabieramy większej pewności siebie, pozbywamy się wątpliwości, mniej boimy się porażek. Łatwiej osiągamy kolejne cele zawodowe, lepiej się mobilizujemy do ciężkiej pracy po godzinach itd.   Można zatem powiedzieć, że pochwały zaczynają być napędem do osiągnięcia kolejnego sukcesu.
I tak powoli zaczynamy się uzależniać od pochwał i podziwu ze strony innych ludzi. Dlatego jeśli otrzymamy jedną nagrodę, to chcemy zasłużyć na kolejne. Bierzemy więc dodatkowe zlecenia, zdobywamy kolejne szczeble w karierze, zapisujemy się na kolejne studia podyplomowe, zakładamy kolejne firmy itd. Wszystko po to, by na koniec otrzymać pochwalę od przełożonych, zobaczyć podziw w oczach kolegów. Nie chcemy wyjść z tego zaklętego koła, bo za wszelką cenę chcemy utrzymać się na szczycie. Brak pochwał oznacza dla nas porażkę i upadek. To sprawia, że zaczynamy coraz bardziej angażować się w pracę i zapominamy o życiu prywatnym. Pochwała to doskonałe paliwo dla pracoholików, ale niestety nie dojedziemy na nim bezpiecznie do celu. Jeśli wiele wysiłku wkładamy w osiągniecie kolejnego sukcesu zawodowego i oczekujemy, wręcz domagamy się pochwał od innych, to brniemy w ślepą uliczkę. Bo kiedy nie dostajemy tych pochwał, nakręcamy się jeszcze bardziej i zaczynamy zdobywać kolejne cele.  Po co? By  zwrócić  uwagę innych na siebie, zobaczyć w ich oczach podziw, uznanie i pochwały. Chcemy więcej i więcej. I zaczynamy pracować nie dla siebie, nie dla wewnętrznej satysfakcji, ale dla innych. Chcemy otrzymywać zewnętrze dowody uznania i na min budujemy swoje poczucie wartości. Stajemy się coraz bardziej podatni na presję z zewnątrz, przesadnie zaczynamy liczyć się z oczekiwaniami innych i coraz mniej słuchamy siebie.
Zatrzymajmy się na chwilę i zadajmy sobie pytania: Od kogo oczekuje pochwał? Dlaczego chce je usłyszeć? Co dzięki nim otrzymuje? Zastanówmy się czy nasza motywacja do tego by być ciągle lepszym wynika z nas samych czy wynika głownie z chęci otrzymania uznania i poklasku w oczach innych, poklasku?

Definiowanie siebie przez pryzmat kolejnego sukcesu i nie popełnianie błędów. Szczególnie mam tu na myśli tutaj o dowartościowanie siebie poprzez perfekcjonizm i nie popełnianie błędów. Jeśli zaczynamy określać siebie poprzez osiągnięte doskonale wyniki zawodowe, to co stanie się jeśli „podwinie nam się noga?”  Jeśli myślimy o sobie w stylu: „Jeśli nie nawale, to jestem super. Jeśli jednak, poniosę porażkę, popełnię błąd,  to czuje się beznadziejny, przegrany, słaby…” Przy takim stylu definiowania siebie pojawia się smutek, rozgoryczenie, żalu i pierwszy krok do depresji. Spostrzegając siebie jako osoby perfekcyjne nie dajemy sobie, prawa do naturalnego popełniania błędów. Starając się udowodnić sobie i innym, że „damy radę, bo jesteśmy niezawodni” sami siebie wystawiamy na bolesne skutki sukcesu. Pojawiający się w nas  przymus do bycia najlepszym prowadzi nas do ciągłej potrzeby stawiania sobie coraz to wyższych poprzeczek i celów zawodowych.

Przy tak „ambitnej” i długiej liście wymagań wobec siebie, porażki są wręcz nieuniknione. Ponieważ im więcej zadań sobie stawiamy, tym procentowo częściej może spotkać nas niepowodzenie. A zbyt częste poczucie klęski nie wpływa na nas korzystnie na nasze zdrowie psychiczne. Wręcz przeciwnie, uczucie klęski przygnębia nas, podkopuje samoocenę i wywołuje lęk przed kolejnymi potknięciami. To kolejny krok na drodze do depresji. Starajmy się więc ograniczać stawiane sobie wymagania. Dajmy sobie taryfę ulgową i prawo bo bycia „no–perfekt”. Nie nakręcajmy się. Nauczymy  się odczuwać satysfakcję  i radość z aktualnych osiągnięć i w zależności od indywidualnych możliwości odpowiednio planować kolejne zadania. Jeśli praca staje się głęboko zakorzenionym poczuciem sensu i nadrzędną wartością życia, warto przystanąć na chwilę i zadać sobie pytanie: Czy tak właśnie chcę żyć?

AUTOR: Izabela Kielczyk